22 września 2016

Bornholm – przerwany rejs.

Zobacz fotorelację >>
Wrzesień stał się dla naszej piątki tradycyjnym już terminem rejsu jachtem po Bałtyku. Pierwszy rejs w 2014 roku był bardzo krótki, tylko po zatoce Gdańskiej. Trwał od piątku do niedzieli, choć ja płynąłem tylko z soboty na niedziele trasą Gdynia - Hel (tu nocowaliśmy na jachcie) – Gdańsk. We wrześniu 2015 roku odbyliśmy rejs do Kłajpedy. Jego przebieg opisałem na stronie www.kociewiacy.pl.

W tym roku po analizie długotrwałej prognozy pogody kapitan zaproponował rejs na Bornholm, co z zadowoleniem zaakceptowaliśmy. Skład załogi w zasadzie bez zmian - Mirek kapitan jachtu, Marek, Rysiek, Marian i ja. Wszyscy byliśmy za młodu harcerzami Szczepu ZHP im. „Szarych Szeregów” w Gdańsku-Wrzeszczu, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy we wrześniu 1964 roku podczas nauki w Państwowych Szkołach Budownictwa. Nie mógł płynąć Andrzej, który płynął z nami do Kłajpedy. Także jacht ten sam Portowiec Gdański II. Jest to dwumasztowy jacht o długości 12,5 m, klasy Olimpic 41 z ożaglowaniem typu Kecz. Łączna powierzchnia żagli, jakie mogliśmy postawić to ok. 130 m2. Mamy dwie kabiny z 2 kojami każda, mesę z kambuzem (tu także jest koja) i koję w małym pomieszczeniu przy silniku.
Po ubiegłorocznych doświadczeniach z rosyjską flotą wojenną, rejs na Bornholm wydawał się nam zdecydowanie bardziej bezpieczny i myślę także, że ciekawszy. Rejs zaplanowany został na 8-12 wrzesień, przy czym w Gdańsku musieliśmy być najpóźniej w poniedziałek 12 września przed godz. 1200. Jednak po przeliczeniu trasy okazało się, że korzystne byłoby wypłynięcie nie z Gdańska, lecz z Władysławowa, a jeszcze lepiej z Łeby. Trzeba więc jacht tam przeprowadzić. Niestety z naszej piątki tylko Marek i Marian dysponowali czasem w środę. Na szczęście kolega Mirka z przyjacielem zaoferowali pomoc i jacht mógł z czteroosobową załogą wypłynąć z Gdańska na Hel już 7 września koło południa. Po kilku godzinach nocnego postoju na Helu, o godz. 100 w nocy załoga wypłynęła w morze i ok. 1400 dotarli do Łeby. Niestety pozostała trójka - Mirek, Rysiek i ja mogliśmy z Gdańska wyruszyć dopiero o 1530 i w konsekwencji w Łebie byliśmy dopiero przed 1800. Tu pożegnaliśmy kolegów Mirka i zaokrętowaliśmy się na jachcie już w tradycyjnym składzie - Marek i Rysiek w kabinie na rufie, Marian i ja w kabinie na dziobie, Mirek w messie (na hundkoi), skąd w razie czego miał najbliżej na pokład. Te kilka godzin opóźnienia nie stanowiło problemu, bo i tak zakładaliśmy, że musimy płynąć nocą. Mieliśmy do pokonania ok. 80 mil. Wiatr dopisywał, wiał z kierunku wschodniego, co bardzo nam pasowało. Po sprawdzeniu gotowości jachtu do drogi, już w podstawowym, pięcioosobowym składzie, ok. 1900 wypłynęliśmy w morze obierając kierunek na Bornholm.
Kapitan Mirek wyprowadza jacht z Łeby, z prawej siedzi Marian,
 z lewej stoi Rysiek.

Jako, że mieliśmy płynąć w nocy postawiliśmy tylko dwa żagle: grot i genuę, pozostawiając zwinięty bezan na rejs w ciągu dnia. Po ok. godzinie na zachodzie pojawiła się czerwona łuna na niebie – zachodziło słońce. Był to czas na kolację. Rysiek już tradycyjnie przygotował ją perfekcyjnie.

Zachód słońca.
Do godz. 2200 płynęliśmy wszyscy razem na pokładzie. Mirek poinformował o zmianach, jakie zaszły na jachcie. Przede wszystkim zainstalowany został system AIS (Automatic Identification System), mający wpływ na podniesienie bezpieczeństwa żeglugi. System Automatycznej Identyfikacji zapewnia automatyczną wymianę danych, przydatnych do uniknięcia kolizji między statkami oraz identyfikujący statek dla brzegowych systemów nadzorujących ruch statków (VTS). Niestety nie jest on obowiązkowy dla statków o nośności brutto mniejszej niż 300 GT. W związku z czym zdarzało się, że mijały nas kutry rybackie, których nie mieliśmy na ekranie LOWRANCE (nawigacja pokładowa). Oczywiście atestację przeszła pneumatyczna tratwa ratownicza, zakupione zostały nowe koła i kamizelki ratunkowe. Wymienione zostały akumulatory i cała instalacja elektryczna oraz zainstalowane zostały baterie solarowe EPIRB, a wszystkie lampy zostały wymienione na LED. Dzięki temu możliwe jest oświetlenie jachtu bez pracy silnika (ładującego akumulatory), a w porcie bez podłączenia się do nabrzeżnej instalacji elektrycznej. Oczywiście mieliśmy w zbiornikach niezbędne ilości wody i paliwa. W przypadku tego drugiego, jak się później okazało, było to bardzo istotne.
Gdy tak sobie rozmawialiśmy pojawiły się fale. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale była to boczna fala z lewej burty spychająca jacht na północ. Utrzymanie jachtu na ustalonym kursie było coraz trudniejsze. Byliśmy już na wysokości Bornholmu, ale jak wskazywała nawigacja, do celu mieliśmy jeszcze ok. 50 mil, kursem zachodnim. W perspektywie mieliśmy więc halsowanie.
Przed 2200 podzieliliśmy się na dwie nocne wachty - Marek (jako sternik) i Marian mają wachtę do 100 w nocy, a Mirek (kapitan) i ja od 100 do 400 albo i dłużej. To nie są nasze pierwsze wspólne mile, więc nie jest to takie ważne, kto ile stoi za sterem. Zgodnie z planem o pierwszej nastąpiła zmiana wachty. Mieliśmy za sobą ok. 35 mil żeglugi. Stanąłem za kołem sterowym, a Mirek zszedł do mesy wstawić wodę na kawę. I w tym momencie katastrofa - koło sterowe kręci się jak głupie nie stawiając żadnego oporu. Jacht płynie sobie jak chce. Mirek wyskoczył na pokład, chwycił za koło, ale i jego ster nie słuchał. Reakcja błyskawiczna. Wskoczył do kabiny na rufie, obudził śpiących Marka i Ryśka, a spod Ryśka koi wyciągnął rumpel awaryjny, który po podniesieniu klapy pomiędzy kojami założył na ster. Uf! Jesteśmy uratowani. Odzyskaliśmy kontrolę nad jachtem. Okazało się, że zerwał się sterociąg. Ale siedząc w kabinie rufowej na żaglach nie bardzo da się płynąć. Decyzja krótka - zrzucamy żagle i płyniemy na silniku. Na całe szczęście wiatr nie był mocny, więc zrzucenie grota nie było trudne, a tym bardziej genui, którą zwija się przy pomocy rolera.

Dziób jachtu, widok na baterie solarowe i roler.

Przez pierwsze kilkanaście minut przy rumplu siedzi Marek, a Mirek stojąc przy żyrokompasie podaje kierunek. Po jakimś czasie Mirek przyniósł do rufowej kabiny laptopa i uruchomił program identyczny jak w LOWRANCE, co pozwoliło sternikowi na bezpośrednie określenie kursu, jakim płynie. Po obejrzeniu uszkodzeń okazało się, że ich naprawa nie jest możliwa w nocy. Pękł zupełnie nowy sterociąg (linka stalowa łącząca kolumnę koła sterowego ze sterem), zamontowany na jachcie wiosną. Co się stało, że pękł? Nie wiadomo. Ale wg Mirka w zapasie powinny być linki stalowe, które pozwolą na naprawę. Póki co musimy płynąć na silniku sterując rumplem. Ale czy w ten sposób dalszy rejs na Bornholm jest możliwy, biorąc pod uwagę fakt, że do Gdańsk musimy wrócić najpóźniej w poniedziałek do godz. 1200 Marek zasugerował rezygnację z dalszego rejsu na Bornholm. Bo choć byśmy tam dopłynęli, to nie byłoby czasu na zwiedzanie, więc taki rejs mija się z celem. Zaproponował obranie kierunku na Ustkę, którą mieliśmy na trawersie w odległości ok. 35 mil. Taka też decyzja zapadła. A więc kierunek Ustka. Tak płynęliśmy w trójkę - Mirek Marek i ja do czwartej. Wówczas zbudziliśmy Mariana, aby pozostali mogli się trochę przespać. Marian siadł do rumpla, a ja zostałem dalej na pokładzie obserwując morze, przyrządy pokładowe i wschodzące słońce.

Wschód słońca.
Rano około ósmej wstał Mirek, żeby naprawić ster. Zgodnie z jego przewidywaniami na pokładzie są zapasowe linki stalowe, z których jedna nadaje się do wykorzystania. Musieliśmy zatrzymać silnik i stanąć w dryfie, gdyż jacht został na czas naprawy pozbawiony steru. Szczęśliwie aura w tym momencie nam sprzyjała, gdyż w zasadzie nie było wiatru. Mirek wraz z Ryśkiem zabrali się za pracę. Jedyna możliwość to połączenie linki spod kolumny sterowniczej z nowym odcinkiem, który przebiega przez rumpel. Zabrało to im trochę czasu - docięcie wielozwojowej stalowej liny małą ręczną piłką było bardzo pracochłonne, szczególnie w ciasnej kabinie. Gdy Mirek z Ryśkiem naprawiali ster przepłynął koło nas s/y Zawisza Czarny - flagowy żaglowiec Związku Harcerstwa Polskiego. Oni także płynęli na silniku.

Zawisza Czarny.

Wracając do naszego steru, w ostatnim etapie prac naprawczych zastąpiłem Ryśka, kontrolując podczas zakładania liny czy weszła ona na wszystkie rolki i czy swobodnie się przesuwa. I gdy już myśleliśmy, że mamy koniec pracy okazało się, że linka jest trochę za luźna. Ponowne zdjęcie jej i właściwe połączenie, to już była mała chwila. Sprawdzamy jak działa koło sterowe i chodzi sterociąg. Wszystko jest OK. Jest godz. jedenasta 9 września, możemy spokojnie płynąć dalej. Niestety nastała całkowita flauta. Nie miałem więc najmniejszych kłopotów z utrzymaniem jachtu na kursie.

Ja za sterem, Mirek siedzi na burcie.

Gdy tak płynęliśmy, mijały nas kutry rybackie płynące na łowiska lub wracające do portu. Rejs urozmaicali nam także niespodziewani goście. Gdy byliśmy ok. 25 mil od brzegu na naszym jachcie przysiadł rudzik i choć po chwili odleciał, to powrócił znowu. I tak może przez dwadzieścia minut podrywał się i wracał, odwiedzając co rusz inną część jachtu. Obserwowaliśmy go z wielkim zainteresowaniem. Było to fajne odprężenie po niespokojnej nocy. Nawet gdy już spokojnie płynęliśmy, nikomu za bardzo nie chciało się jeść. Dopiero gdy koło 14 przygotowałem trochę kanapek, zniknęły wszystkie w żołądkach załogi.

Rudzik na pokładzie.

Do Ustki weszliśmy ok 1700. Przywitała nas ustecka syrenka i obrotowy most (czy też kładka), który takim jest na razie z nazwy. Kładka nad rzeką Słupią oddana do użytku w grudniu 2013 r. została zamknięta w pierwszych dniach sierpnia 2015 roku w związku z awarią i niestety stoi nieruchomo wzdłuż brzegu. Miała służyć mieszkańcom, turystom oraz rybakom i przypływającym żeglarzom w komunikacji pomiędzy zachodnim i wschodnim brzegiem miasta. Niestety do dziś kładki nie naprawiono i toczy się sprawa w sądzie, a cierpią na tym mieszkańcy i odwiedzający Ustkę.

Obrotowa kładka nad rzeką Słupią.

Stanęliśmy w nowej marinie tuż przy Bunkrach Blüchera. Niestety były już zamknięte, nie mogliśmy więc ich zwiedzać. Najważniejsze jednak po przycumowaniu i sklarowaniu jachtu było zadbanie o siebie. W bardzo przyzwoitej cenie za postój w marinie była też możliwość użytkowania pryszniców, z czego też skwapliwie skorzystaliśmy. Prysznice, umywalki i WC choć urządzone w kontenerze wywarły na nas dobre wrażenie. Sama lokalizacja mariny byłaby bardzo fajna, gdyby działała obrotowa kładka.

Portowiec Gdański II w marinie Ustka. Stoją Marian i Mirek (po prawej).

Odświeżeni skorzystaliśmy z przeprawy wodnej uruchomionej w miejsce nieczynnej kładki, aby udać się najkrótszą drogą do miasta. Niestety przeprawa była czynna tylko do 1900, więc czekał nas powrót okrężną drogą, który wg napotkanej pani taksówkarz miał trwać ok. 25 min. Niezrażeni tym faktem ruszyliśmy na spacer po mieście. Była prawie dziewiętnasta i żołądki przypomniały nam, że pora na posiłek. Niestety napotkana tuż przy nabrzeżu Tawerna była całkowicie opanowana przez turystów, ruszyliśmy więc dalej podziwiając starą i nową zabudowę miasta.

       Ustka, stare miasto.
W końcu zacumowaliśmy w napotkanej restauracyjce. Niestety, mimo że byliśmy nad morzem, nie była to morska knajpa. Przyszło nam zjeść posiłek we włoskiej (przynajmniej z nazwy) Rucoli. Na szczęście oferowane jedzenie bardziej polskie niż włoskie było smaczne, więc syci nie tylko wrażeń ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Zbliżała się godz. 22, więc postanowiliśmy wracać do mariny. Jednak, jak się okazało, powrót wbrew informacjom taksówkarza trwał znacznie dłużej i w marinie byliśmy dopiero przed 2300.

Załoga przed wyjściem z Ustki. Od lewej Mirek, Rysiek, Marek, ja i Marian.
W sobotę rano przed wyjściem zapadła decyzja co do dalszej trasy rejsu. Płyniemy wzdłuż brzegu do Gdańska. Ponieważ skróciła nam się trasa rejsu, Rysiek zapytał czy następnym portem może być Władysławowo. Chciałby zejść z jachtu i jeszcze w sobotę wrócić do Gdańska. Mógłby w ten sposób wystartować w niedzielnym maratonie rowerów górskich „Mazovia MTB Maraton” na dystansie „FIT” 28 km. W Toruniu był to jego 11 maraton w tym roku i, jak nam przekazał telefonicznie, zajął 10 miejsce w kategorii FM7 (kategoria wiekowa) oraz 289 miejsce w kategorii open mężczyzn. Po 11 wyścigach Rysiek zajmuje 7 miejsce w kategorii wiekowej na 34 osoby startujące, a w kategorii open 130 na 1312 mężczyzn. Ogromnie gratulujemy! Jak mówił Rysiek, maratony MTB Mazovia organizowane są od 2005r. Rysiek rozpoczął starty w 2012r i jeżeli przejedzie jeszcze trzy maratony w tym roku, to zaliczy 50 startów w maratonach Mazovi ogółem. Rysiek jest pasjonatem kolarstwa MTB. W tym roku startował w maratonach MTB Skandia i PolandBike. Maratony MTB są prowadzone w terenach leśnych i po drogach szutrowych. Długość etapów mieści się w granicach od 25 do 40 km (jego dystanse) i przewyższenia od 500 do 1000 m. Oczywiście nikt z nas nie widział problemu, aby Rysiek mógł nas opuścić i pojechać do Torunia. W końcu w czterech z Władysławowa do Gdańsk damy sobie przy tej pogodzie swobodnie radę.

Ustecka syrenka.
Z Ustki wyszliśmy po śniadaniu, ok. dziewiątej rano. Pożegnała nas ustecka syrenka z mocno świecącym biustem. Ciekawe dlaczego on się tak świecił? Niestety skończyła się ładna słoneczna pogoda, którą mieliśmy dotychczas. Było pochmurno i mgliście, no i niestety ochłodziło się. Ale szczęśliwie mieliśmy wiatr i to w dodatku korzystny, mogliśmy więc postawić wszystkie trzy żagle. Po raz pierwszy płynąłem, gdy postawiony był także bezan. Musi to z daleka ładnie wyglądać.

Marek za sterem, a Mirek obserwuje widnokrąg.

Spokojne morze, postawione wszystkie żagle nastroiły Mirka romantycznie. Wyciągnął gitarę i zaczął nam grać i śpiewać szanty. Z tej strony go nie znałem. A gdy wziąłem śpiewnik, który miał ze sobą i mnie dopadły wspomnienia młodości. Znalazłem tam wiele piosenek, które wspólnie śpiewaliśmy na harcerskich zbiórkach i obozach.

 Mirek z gitarą, za sterem Marian.
Płynęliśmy wzdłuż brzegu, ok. 2-3 mile od niego. Niestety trwająca cały dzień mgła nie pozwalała na podziwianie widoków, a szkoda. Długi dzień wymagał zmian za sterem, a spokojne morze i niewielki wiatr pozwalał na rotacje i za sterem mogli stawać wszyscy po kolei. Przyszedł więc czas i na mnie.

               Ja za sterem.
Było tak pięknie i spokojnie, że mogłem, utrzymując kurs, sam zrobić zdjęcie naszego LOWRENCA. Jak widać płynęliśmy kursem 74 z prędkością 5,9 węzła. Nie była to zawrotna szybkość w porównaniu do tej, którą rozwijaliśmy wracając w 2015 roku z Kłajpedy (mieliśmy wówczas 10-11 węzłów), ale za to płynęliśmy spokojnie do celu. Nie było więc problemu z przygotowaniem gorącego obiadu, który zrobił Rysiek. Wszyscy ochoczo siedli do stołu w mesie. Przygotowana wcześniej przez Danusię (Ryśka żonę) karkówka cieszyła się dużym powodzeniem.

Lowrence i żyrokompas.

I w tym dniu mieliśmy urozmaicenia. Kormorany i mewy w tej odległości od brzegu to raczej normalność. W końcu to ptaki wodne. Ale znowu pokazały się nam ptaki z morzem raczej nie kojarzone. Najpierw ponownie odwiedził nas rudzik, pobył krótko i odleciał. Po kilku godzinach przyfrunęła pliszka siwa. Ta, podobnie jak w piątek rudzik, zabawiła na jachcie dłużej. Przylatywała, odlatywała i znów przylatywała, co rusz siadając w innym miejscu jachtu.

Pliszka
Ptaki stanowiły urozmaicenie naszego rejsu, podobnie jak mijane kutry rybackie i jachty. Niestety zbyt słaby wiatr spowodował, że ostatni odcinek do Władysławowa płynęliśmy już w ciemnościach i w dodatku tylko na silniku. Gdy z oddali zamrugała do nas swym światłem latarnia w Rozewiu wiedzieliśmy, że to już bardzo blisko.

Latarnia Rozewie
Za chwilę swoimi światłami i wznoszącymi się w niebo lampionami przywitało nas Władysławowo. Do portu we Władysławowie wpłynęliśmy z małymi problemami dopiero ok. 2130. Z małymi problemami, bo manetka zmiany biegów przekładni silnika sprawiła nam małe trudności. Jednak po kilku minutach i z tym poradził sobie nasz kapitan Mirek. Przy okazji skonsultował się ze swym kolegą Sławkiem, z którym nie raz wspólnie żeglowali. Okazało się Sławek ma czas i z chęcią przyjedzie rano do Władysławowa. Na kei na Ryśka czekał jego syn, który przyjechał po Ojca z Gdańska. Zostaliśmy we czterech. Mimo dość późnej pory postanowiliśmy przejść się przez miasto. Okazało się jednak, że wszystkie lokale zamykane są już o 2200. No cóż, restauratorzy uznali widocznie, że sezon się skończył, choć po drodze, pomimo późnej pory mijaliśmy jeszcze wielu spacerowiczów. W końcu zgodnie z sugestią Marka zjawiliśmy się w Karaoke. Ten lokal był czynny do 2300, a faktycznie jeszcze dłużej, bo do chwili, gdy zaczęli wychodzić ostatni goście. Trochę okrężną drogą, zwiedzając miasto wróciliśmy na jacht. Tu przy szantach powspominaliśmy dotychczas przebytą trasę i obejrzeliśmy jej przebieg, jaki zarejestrował AIS.

Ja na jachcie we Władysławowie
Rano (przed ósmą) 11 września, zgodnie z obietnicą na jachcie stawił się Sławek. Musiał wstać o czwartej rano, aby przyjechać do nas pociągiem. No, ale pasjonaci żeglarstwa dla pływania zrobią bardzo wiele. Wkrótce po nim zjawił się bosman, aby nas skasować za postój przy kei. Wieczorem jak przypływaliśmy zabrakło go. Okazało się też, że do 8 rano następnego dnia zamknięte są sanitariaty. Mało tego, za samo cumowanie musieliśmy zapłacić prawie dwa razy tyle co w Ustce, a ponadto odrębnie trzeba było zapłacić za sanitariaty. Duże koszty i fatalna organizacja, nie zachęcająca żeglarzy do zawijania do Władysławowa. Niestety wszystko trzeba przeżyć. Mało pływałem, więc są może jeszcze mniej przychylne żeglarzom miejsca. Wiem, że są miejsca bardziej przychylne. No dosyć narzekania. Rano ok. 10 po śniadaniu przygotowanym przez Sławka ruszyliśmy w morze, a jacht wyprowadził z portu nie kto inny tylko Sławek.

Sławek za sterem.
Pogoda niestety nie zapowiadała się ciekawie. W dalszym ciągu było pochmurno i mglisto, a morze było gładkie jak tafla lodu. Jednak gdy wyszliśmy dalej podniósł się wiatr, który pozwolił nam na postawienie wszystkich trzech żagli. Nie przeszkodziło to nam w przeprowadzeniu małych porządków na jachcie, a konkretnie zmycia pokładu.

Załoga przy pracach porządkowych.
Płynęliśmy z prędkością ok. 4,0 - 4,5 węzła. Na szczęście poprawiła się pogoda i wyszło słońce. Zrobiło się bardzo ciepło. Oprócz kutrów i jachtów mijały nas też kolosy. M.in. ok. godz. 14 minął nas „Viking Star”, płynący do Gdyńskiego Portu. Ten maltański wycieczkowiec o długości prawie 230 metrów może zabrać na pokład 930 pasażerów. Robił wrażenie, szczególnie przy naszym jachcie.

Wycieczkowiec „Viking Star”
Przepływający komfortowy wycieczkowiec uświadomił nam, że pora na posiłek. Tym razem obiad zaserwował nam Sławek oferując bardzo dobrą fasolkę po bretońsku. Mirek dopełnił to deserem w formie gorącego kisielu. Zanim zbliżyliśmy się do Gdańska, Sławek ponownie zadbał o nasze żołądki. Przygotował kolorowe kanapki i smażone kiełbaski. Takiej kolacji na jachcie jeszcze nie jadłem.

Kanapki przygotowane przez Sławka.
Gdy zaczęliśmy wchodzić w tor wodny, zrzuciliśmy wszystkie żagle i za chwilę weszliśmy pomiędzy główki falochronu na Martwej Wiśle w Nowym Porcie. Rejs z Władysławowa do Gdańska zajął nam ok. 8 godzin. Oczywiście musieliśmy jeszcze przepłynąć odcinek od ujścia Wisły do mariny zlokalizowanej przy ul. Sienna Grobla, ale to już spokojnie na silniku podziwiając widoki Gdańska. Po drodze umknęliśmy wyprowadzanemu przez holowniki statkowi „Wallenius Wilhelmsen”. Przybiliśmy do kei i po sklarowaniu jachtu zakończyliśmy rejs, umawiając się na następny we wrześniu 2017 roku. Wstępnie celem ma być szwedzka wyspa Olandia, a rejs ma trwać tydzień.

Załoga przed zejściem na ląd w Gdańsku.


Krzysztof Kowalkowski

22.09.2016 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz