1 sierpnia 2015

Szczycieńskie Pofajdoki

Zobacz fotorelację >>
W ostatnim okresie postanowiłem opisywać podróże, jakie odbywamy z moją żoną Elżbietą. Nie są to wielkie wyprawy, raczej wycieczki po bliższych i dalszych rejonach naszego kraju, ale także do nieodległych sąsiadów. Nie wszystkie opisy są zamieszczone w całości na mojej stronie. Wszystkie natomiast są zamieszczone na zaprzyjaźnionej stronie www.kociewiacy.pl Tam też odsyłam zainteresowanych. Tu natomiast polecam naszą wyprawę na Podlasie, a w zasadzie jej pierwszy etap, postój w Szczytnie i wędrówkę szlakiem szczycieńskich Pofajdoków.

Niezapomniane wrażenia z podróży po kraju w minionych dwóch latach umocniły nas w przekonaniu, że zbyt mało czasu poświęcamy na zwiedzanie Polski. Nasz kraj jest naprawdę piękny, pełen urokliwych miejsc i nieodkrytych tajemnic. Stwierdziliśmy więc, że w tym roku odwiedzimy kolejne zakątki naszego kraju. Postanowiliśmy pojechać więc na, wstyd przyznać się, nieznane nam zupełnie Podlasie. Pracując jeszcze zawodowo termin swojego urlopu muszę dostosować do terminów urlopów współpracowników. Szczęśliwie nie musi tego robić moja żona Elżbieta będąca od roku na emeryturze. Wypadło na przełom lipca i sierpnia. Postanowiliśmy więc ostatni tydzień lipca poświęcić na zwiedzanie Podlasia, a pierwszy tydzień sierpnia spędzić tradycyjnie w Ocyplu w lesie nad jeziorem. 

Wynajęliśmy pokoje w Hajnówce na okres 24 – 30 lipiec. Aby jednak tej prawie 450 km trasy z Gdańska do Hajnówki nie pokonywać w ciągu jednego dnia postanowiliśmy wyjechać jeszcze 23 lipca bezpośrednio po zakończeniu mojej pracy i nocleg spędzić w Szczytnie w połowie drogi o Hajnówki. Zarezerwowaliśmy więc pokój w hotelu i prosto z pracy ruszyliśmy samochodem w drogę. Dotarliśmy do Szczytna bez przeszkód o 18.30, choć jazda drogą S7 na pewnym odcinku była fatalna, gdyż w związku z jej przebudową miejscami jechaliśmy z prędkością 30-40 km/godz. Postanowiliśmy, że wracając zmienimy trasę. Ale to niestety nie koniec niespodzianek. Po przyjeździe do Szczytna okazało się, że nie ma zarezerwowanego przez nas dwuosobowego pokoju z łazienką, pomimo telefonicznego potwierdzenia naszego przyjazdu dzień wcześniej. Po niesympatycznej dyskusji w recepcji ostatecznie otrzymaliśmy dwa jednoosobowe pokoje z łazienką w cenie pokoju dwuosobowego. Po raz pierwszy w swych podróżach zetknęliśmy się z tak nieprofesjonalną obsługą hotelową. Z litości nad właścicielem hotelu, który to hotel jest wystawiony do sprzedaży, pominę jego nazwę. Nauczka jednak jest podstawowa. Rezerwację hotelu w Szczytnie robiliśmy telefonicznie, a nie mailowo, więc trochę trudno byłoby sądzić się z niesolidnym hotelarzem. Na przyszłość będziemy pamiętać, aby potwierdzenie rezerwacji hotelu mieć na papierze.
Postanowiliśmy jednak się nie zrażać złym początkiem i po zakwaterowaniu poszliśmy na spacer po mieście, aby je choć trochę obejrzeć. Niestety nie zakładaliśmy, że tak prędko do Szczytna dotrzemy, więc nie przygotowałem programu jego zwiedzania. Postanowiliśmy więc pójść na żywioł i iść na tzw. nosa, który, jak się okazało, nas nie zawiódł. Już na początku trafiliśmy na pomnik, nie jedyny w Szczytnie, poświęcony Krzysztofowi Klenczonowi, który swą młodość spędził właśnie w Szczytnie. Stał po lewej stronie wejścia do Domu Kultury. Po prawej stronie stał kolejny monument. Tym razem był to obelisk oznaczający przebiegający przez Szczytno południk 210E. Tuż obok stała mała dziwna figurka. Nie bardzo wiedzieliśmy kogo ona ma przedstawiać. Podczas dalszej wędrówki tajemnica się wyjaśniła, ale o tym w dalszej części relacji. Już wkrótce trafiliśmy na kolejną dziwną małą postać, której głowa z tułowiem wynurzała się z chodnika z jednej strony ulicy, a po jej drugiej stronie tułów z nogami. Jak się później okazało postać ta to Znachor, a my mieliśmy, jeszcze nie wiedząc o tym, przewodników po mieście.
Jednak przed dalszą wędrówką postanowiliśmy coś zjeść, jako że pora była już kolacyjna. Z satysfakcją stwierdziliśmy, że wybór miejsc posiłku był dosyć duży i zróżnicowany, więc nie było problemu ze znalezieniem tego najbardziej nam odpowiadającego. Po jedzeniu udaliśmy się na dalsze zwiedzanie trafiając na Plac Juranda przed siedzibę Urzędu Miasta, gdzie znajdowały się na kolejne figurki. Tu też stała tablica informacyjna wyjaśniająca ich nazwę i genezę, a figurki,  przy których się zatrzymaliśmy to Urwisy. Okazało się, że są to szczycieńskie Pofajdoki. Niegdyś na Warmii i Mazurach Pofajdokiem nazywano „postrzelonego i roztrzepanego” młodzieńca, zawsze uśmiechniętego i chętnego do pomocy. W Szczytnie Pofajdoki, które przedstawiają różne postacie wytyczają szlak, którym można zwiedzać miasto. Niestety my za późno zdecydowaliśmy się na to, ale jak się okazało prawie całą trasę i tak przeszliśmy. Nad jeziorem z ładnie zagospodarowanym kąpieliskiem natrafiliśmy na kolejnego Pofajdoka, którego nazwy nie udało się nam ustalić. Patrząc na zachodzące słońce postanowiliśmy obrać kierunek powrotny do hotelu. Idąc od jeziora w kierunku siedziby Urzędu Miasta trafiliśmy na kolejną rzeźbę, a może raczej fontannę  z rzeźbą Krzysztofa Klenczona. Dalej w zachodzącym słońcu jaśniał odrestaurowany budynek Sądu Rejonowego. Nie mogliśmy jednak nie obejrzeć ruin zamku. Weszliśmy do nich przez dziedziniec Urzędu Miasta, który od strony zachodniej zamykały ruiny zamku. Został on postawiony pod koniec XIV w. przez Krzyżaków na przesmyku pomiędzy jeziorami Domowym Dużym i Domowym Małym. Zamek za czasów księcia Albrechta Hohenzollerna i jego następców był wykorzystywany jako baza na łowy w okolicznych puszczach. Jednak pod koniec XVII wieku niemal pusty już zamek zaczął popadać w ruinę. W XVIII wieku zamek sukcesywnie rozbierano, pozostawiając jego część z przeznaczeniem na magazyny wojskowe. Dziś mogliśmy jedynie oglądać pozostałości po murach zamkowych. Na zamkowym placu czekał na nas niespodziewanie Pofajdok – Jurand. W drodze do hotelu przy ul. Odrodzenia zwrócił naszą uwagę wspinający się po ścianie budynku banku kolejny Pofajdok. Tym razem zgodnie z jego lokalizacją był to Rabuś. Nie był to ostatni nasz przewodnik, bo wkrótce natrafiliśmy na Pofajdoka Strażaka. Był to ostatni z osobników na trasie naszej wędrówki, bo postanowiliśmy zejść ze szlaku i obejrzeć pokazany przed naszym wyjazdem w jednym z programów informacyjnych odrestaurowany dworzec kolejowy z zachowaną niemiecką nazwą miasta. Mijając kolejny z pięknie odrestaurowanych przedwojennych budynków, tym razem siedzibę Urzędu Skarbowego, dotarliśmy do dworca. Faktycznie niemiecki napis na szczycie budynku był pięknie odnowiony. Czy powinien tam być? Ocenę tego pozostawiam mieszkańcom Szczytna. Na tym nasze zwiedzanie Szczytna zakończyliśmy mając na uwadze nasz poranny wyjazd następnego dnia do celu naszej podróży, czyli Hajnówki. Ale o Hajnówce i jej okolicach opowiem w następnej relacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz